Lubię rozmawiać, a najbardziej wtedy, kiedy dzięki Wam mogę zgłębiać mądrości życiowe i dowiadywać się o rzeczach, które nie leżą w granicach mojego czasu. Często wspólne treningi, to niekończąca się opowieść. Bywa, że nie zamyka mi się buzia i opowiadam całą godzinę wspólnego treningowego spotkania. Czasami natomiast jest tak, że to ja jestem słuchaczem. Wspólnie przechodzimy różne chwile, takie nasze prywatne, budujące. Niczym rozmowa u fryzjera…

Mimo wszystko jednak ćwiczymy. 

Kiedyś miałam okazję być uczestnikiem treningu, który miał dać mi motywację do pracy nad sobą. Dlaczego poprosiłam o pomoc trenera personalnego? Powód był banalnie prosty. Mimo wiedzy, którą posiadałam i technik, które stosowałam, nie umiałam dojść ze sobą do ładu. Wszystko robiłam na opak, począwszy od żywienia (trudno polepić formułę odżywiania w sporcie biegowym ultra oraz siłę). Przetrenowana, przebodźcowana, zmęczona (mimo, że waleczne serce) i efekt był daleki od tego, który rysowałam sobie w głowie. Stety niestety trener nie sprostał moim potrzebom, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Atomowymi krokami szłam do przodu, czasem z regresem formy i ślinotokiem  na CZIT DAY. Droga, którą przeszłam (i dalej nią kroczę) jest fascynująca, a zmiany, które się na moich oczach ukazują, pozwalają wierzyć, że da się cel osiągnąć.

Niedawno o poranku słuchałam niesamowitego podcastu Karoliny Sobńaskiej, która rozmawiała ze swoim gościem o samoakceptacji. Słowo klucz, szczególnie dla pesymistów albo bardzo wymagających zawodników. Myślę, że dziś wszystkim nam tej pozytywnej autoprezentacji bardzo brakuje i życzę jej zarówno sobiejak i Wam.

-> najpierw znajdź w sobie coś pozytywnego.

-> potem sprawdź, czego absolutnie nie lubisz.

-> a jak już odnajdziesz siebie w tym wszystkim, to zaakceptuj fakt, że droga (o ile Ci na niej w ogóle zależy) będzie długa. Efekty natomiast będą stałe i trwałe niczym Mount Everest. 

Link do bloga podsyłam tutaj:

O i tyle w tym temacie.